"Harnaś"

Zbójnictwo w Beskidzie Małym

Harnaś 17 – 2005 r.

Dawnymi czasy zbójowano wszędzie. Zawsze znalazł się ktoś, kto stwierdzał, że łatwiej odebrać drugiemu człowiekowi jego dobra niż samemu starać się je zgromadzić. Łatwym łupem byli zwłaszcza kupcy, wędrujący ze swoimi towarami poprzez niezamieszkałe okolice. Przemieszczanie się gościńcami zawsze wiązało się ze sporym ryzykiem utraty nie tylko dóbr materialnych, ale i życia.

Nie inaczej było też i na pogranicznych terenach Beskidów. W średniowieczu nawet sami rycerze, zamieszkujący zamki w rejonie Beskidu Małego trudnili się niecnym procederem zawłaszczania cudzych majętności, jak to dobitnie widać było na przykładzie rodu Skrzyńskich. W XVI wieku watahy wołoskie z Węgier robiły wypady w te rejony, zapuszczając się nawet pod Oświęcim. Z zachowanych dokumentów wynika, że rozbójniczy proceder był plagą karpackich terenów. Niedostępne górskie lasy, przez które wiodły szlaki handlowe sprzyjały mu od dawien dawna. Bohaterem jednej z pierwszych wzmianek jest Biernat z Lublina, który „ledwie uszedł z życiem z rąk opryszków pod Żywcem” na początku XVI wieku. Sporo można znaleźć w „Aktach spraw złoczyńców (…) miasta Żywca” czy w słynnym „Dziejopisie żywieckim” Andrzeja Komonieckiego. W końcu Jan Komorowski, pan na Żywcu kazał pobudować w 1564 roku zespół małych fortalicji i budynków strażniczych – tak zwanych czartaków, by przeciwdziałać napadom.

Rabunki, połączone czasem nawet z zabójstwami, zdarzały się nie tylko na gościńcach. Napadano też na bogatszych gospodarzy, zdarzały się takie przypadki w Ślemieniu, Jeleśni czy Łękawicy, o czym świadczą zachowane dokumenty i przekazy z tego okresu. W 1620 roku sejm warszawski stwierdził, że w księstwie zatorskim i oświęcimskim namnożyło się zbójców i gwałtowników tak wiele, że nawet we dworach i miasteczkach ludzie nie są pewni i zezwolił na pobór specjalnych podatków na organizowanie oddziałów pacyfikujących. Jednak ze wzmianki z 1662 roku wynika, że sytuacja nie uległa poprawie.

Zjawisko zbójnictwa, opiewane przez lud góralski w pieśniach i podaniach, nie było jednak przeważnie niczym więcej jak tylko złodziejskim procederem. „Rabowanie bogatych i oddawanie biednym”, czyli sens kultu Janosika i innych harnasi w większości przypadków było zwykłym mitem. Kompanie zbójnickie rekrutowały się głównie z uciekinierów przed wymiarem sprawiedliwości (inna rzecz, że nie zawsze sprawiedliwym), przychodzili do nich awanturnicy, czasem powodowani żądzą zemsty, a czasem chęcią zysku i lekkiego życia. Życie to okazywało się wcale niełatwe, zmuszając do szukania środków na przeżycie nie tylko w odbieraniu pieniędzy możnym, ale i zmuszaniu mieszkańców wiosek do dzielenia się z trudem wypracowanym dobytkiem i żywnością. Mimo to powstał mit honornego zbójnika, który stawiając się panom, był dla ciemiężonego chłopstwa symbolem bohatera, ucieleśnieniem tradycji wolnego niegdyś pasterza, siłą osadzonego na roli.

Zbójnicy, wywodząc się zwykle spośród mieszkańców górskich wiosek, starali się zdobywać środki na obcych – czy to przejeżdżających kupcach, czy w dworach i miasteczkach, nawet plebaniach, w ostateczności łupiąc bogatszych gospodarzy w oddalonych od swej siedziby rejonach, czasem nawet za granicą, nie oszczędzając także pasterskich szałasów, zabierając owce i kozy. Kryjąc się po lasach i górskich ostępach, często mieli oparcie w swoich przysiółkach, tolerowani i akceptowani wśród swojej społeczności. U niektórych gospodarzy mieli swoje kryjówki, inni chowali ich łupy lub trudnili się ich sprzedawaniem, zaopatrując zbójników w żywność, broń i inne potrzebne rzeczy, ostrzegali też ich o planowanych przeciw nim akcjach. Zwłaszcza zimy były trudnym egzaminem dla przetrwania kompanii zbójeckiej. Rzadko działo się tak, by zbójeckie towarzystwo trzymało się dłużej niż parę lat. Jedni wracali do normalnego życia, a innych, chwytanych między innymi przez oddziały specjalnie do tego powołanych harników, poddawano sądom i skazywano na ciężkie kary, bądź publicznie tracono. Przywódcom, czyli harnasiom lub hetmanom, jak ich nazywano, przysługiwała honorna śmierć przez powieszenie na haku za poślednie ziobro, często na osławionych krakowskich Krzemionkach. W samym Żywcu w latach 1672-1782 dokonano około stu egzekucji zbójników, między innymi w 1607 r. niejakiego Bulowskiego z Czańca.

Znana na tym terenie w XVII wieku była rodzina Klimczaków, od których nawet nazwano jeden z wyższych szczytów Beskidu Śląskiego – Klimczok. Wojciech Klimczak miał żonę w Straconce; śledztwo wykazało, że miał skuteczny wywiad poprzez proszalnych dziadów, którzy wskazywali mu potencjalne ofiary. Jak wielu zbójników został stracony w Oświęcimiu (w 1695 roku). Inny zbójnik z tego rodu – Jan Klimczak – otrzymał glejt od króla Jana Kazimierza i całkowite darowanie win za pomoc wojskom królewskim, walczącym z żołnierzami, domagającymi się żołdu po wojnach szwedzkich, rabującymi okolicę. W 1618 roku grasowała w zachodniej części Beskidu Małego grupa Bartka Kotmana z Rybarzowic, a inny sławny zbójnik Rogacz został schwytany, zabity i pogrzebany w 1620 roku na górze, nazwanej potem jego imieniem (Rogacz nad Mikuszowicami). Wspominany jest także Bartosz Bułka z Ponikwi koło Międzybrodzia oraz niejaki Szyjak z Koźla koło Tarnawy Górnej. W 1706 roku w Straconce powieszono zbója Jana Górę, a rok później w Żywcu oddał życie kolejny mieszkaniec Czańca – Prochownik. Andrzej Komoniecki w swoim „Dziejopisie” podaje: „Dnia 30 października 1726 roku z wtorku na środę, w zamku Ślemieńskim, w nocy, zbójcy napadszy na rezydencją podstarościego, na ten czas pana Antoniego Majeranowskiego, administratora, oknem powłaziwszy do izby, pieniędzy na sześć tysięcy pańskich, skarbowych zabrali, z których jednego, uchodzącego oknem ranił i skrwawił, ale żadnego nie dostano, ani wiedziano kto to był i na to się odważył…” W siedemnastym wieku wspominano Błażeja Ficka z Jaszczurowej, a pod koniec osiemnastego wieku w Beskidzie Małym zbójowała także banda Byrskiego z Kaczyny.

Jeden z najsłynniejszych beskidzkich harnasi – Józef Baczyński ze Skawicy pod Babią Górą, osiadły po małżeństwie z córką Ficków w Jaszczurowej, zaczynał swą karierę wiosną 1731 roku na jarmarku w Wadowicach. Spiknąwszy się wraz ze szwagrem Błażejem Fickiem z Jaszczurowej, Wawrzyńcem Wcisło z Choczni, Kasprem Kulczakiem z Tarnawy i jeszcze jednym góralem z Gorzenia, obrabował z sukman bogatego wadowickiego krawca Sowę. Rok później złupił żydowskiego arendarza browaru w Dobczycach. Zrabowany mu złoty dukat sprzedał jednemu z wadowickich mieszczan, ale dowiedział się o tym dziedzic Jaszczurowej Aleksander Wilkoński. Ponieważ Baczyński był jego poddanym, kazał więc zakuć go w kajdany w jaszczurowskim dworze. Po pięciu tygodniach złodziej jednak uciekł z aresztu i ukrywał się w okolicznych lasach. Potem dołączył do zbójnickiej kompanii braci Giertugów z rodzinnej wioski i razem napadli na bogatego jaszczurowskiego karczmarza Bielę. Potem już jako hetman wsławił się brawurowymi wyczynami rabunkowymi, grabiąc w Gorcach, Pieninach, na Orawie. Powrócił na stare śmieci wiosną 1733 roku. Jego dobrze zorganizowane towarzystwo złupiło dwór dziedzica Skalskiego w Śleszowicach, wójta Jaszczurowej Młyńskiego i ponownie napadło na karczmarza Bielę. Rozochocony powodzeniem działał na dość dużym terenie, zarówno w okolicy (Wieprz, Chocznia, Łętownia), jak i aż pod Limanową, nie oszczędzając nawet sanktuarium maryjnego w Inwałdzie. Zwabiony pogłoskami o bogactwie inwałdzkiego proboszcza, włamał się z kompanami do plebani i kazał księdzu pieniądze dawać. Wedle przekazów ten zaprowadził ich przed obraz Matki Boskiej i pokazał wota dziękczynne, mówiąc, że to są jego skarby, wtedy zbójcy uklękli i zaczęli się modlić, a Baczyński zabrane uprzednio pieniądze z plebani dołożył do skrzynki pod obrazem, zabierając proboszczowi tylko strzelbę i gąsior wina. Udatnie unikał ujęcia przez tropiących go harników, aż dopadli jego bandę jesienią 1735 roku w Dobrej. Tym razem harnaś nie miał szczęścia. W 1736 roku po osądzeniu został ścięty mieczem w samym Krakowie.

Według legend ludowych wiele jest miejsc, gdzie zbójnicy poukrywali swoje skarby. Podobno od zbójeckich łupów powstała nazwa Złota Górka w Pasemku Bukowskim. Zbójcy z Roczyn mieli tam kryjówkę – dużą pieczarę ze zgromadzonymi skarbami. Wedle podań zbójnicy ci podczas napadów używali szczudeł, dzięki którym poruszali się dużo szybciej, przerażając ludzi swym nadnaturalnym wzrostem, co ułatwiało im zdobywanie łupów. Raz nawet poważyli się obrabować skarbiec klasztoru Jasnogórskiego w Częstochowie, ale ich złapano i stracono. Zgromadzonych przez nich skarbów nikt dotąd nie odszukał. Według Józefa Putka legenda ta mogła powstać na kanwie napadu na klasztor jasnogórski w 1435 przez rycerza-rabusia Jana Kuropatwę i jego kompana Jakuba Nadobnego z Rogowa, którzy z bandą młodych szlachciców zrabowali kielichy, krzyże, uszkadzając obraz Matki Boskiej i odzierając go z kosztowności. Złapano ich niebawem i osadzono na jakiś czas w wieży wawelskiego zamku.

Niedaleko Potrójnej w Zakocierzu znajduje się wychodnia skalna zwana Zbójeckim Oknem. Z kolei w pobliżu wąwozu, którym prowadzi droga z Inwałdu do Zagórnika, wedle ludowej opowieści z XIX wieku, przebywała Maronka (Maranka), baba zbójniczka, która żyła w głębokiej jaskini i była hersztem bandy, a zarazem paserką, skupującą łupy. Miała mieć w Wapienicy pałac podziemny, dokąd wchodziło się korytarzem od potoku, niestety nikt później nie znalazł wejścia do niego. Maronka podobno została pochowana w Roczynach, pod figurą. Także nad Wilkowicami legendy mówią o skale, w której mieszkał zbój Wojciech Bulak (Bulok) wraz z dwiema kobietami. On trudnił się rozbojem, napadając na kupców jadących traktem do Czech, a one jako znachorki leczyły ludzi i zwierzęta, a przy okazji zbierały informacje o bogatych potencjalnych ofiarach. Podobno nawet kościółek św. Michała w Wilkowicach w ten sposób okradli. Niedługo potem młody chłopak z Wilkowic, zbierając grzyby wczesnym rankiem, dostrzegł przy stojącej w lesie skale nieznajomego człowieka i podejrzewając go o ten niecny czyn szybko sprowadził ludzi z wioski. Zbója schwytano podczas drzemki, odebrano pistolety i nóż i po rozprawie srogo ukarano. 7 października 1709 roku w Żywcu ucięto mu najpierw prawą rękę, potem udarto dwa pasy ciała i wpleciono w koło. Nie wydał swych wspólniczek, które zresztą widziały egzekucję i po niej wróciły szybko pod skałę, wykopały skarby i uciekły bez śladu. Od tego czasu nazwano to miejsce Skałą Czarownic.

Fakty historyczne przeplatają się z legendami, chętnie podejmowanymi przez góralskich bajarzy. Na pewno niejedna wycieczka z zainteresowaniem posłucha o dziejach beskidzkich zbójników.